Marek, 49 lat – 2,5 roku abstynencji i zdrowienia na programie 12 Kroków AA
Mam na imię Marek i jestem alkoholikiem.
Nigdy w życiu nie myślałem, że tak będę o sobie mówił. Tym bardziej nie myślałem, że będę to powtarzał, aby pamiętać o tym, kim jestem. Mam już 49 lat.
Jak sięgam pamięcią, od początku mojego życia, czułem się jakiś inny, gorszy od pozostałych znanych mi ludzi. Za mną wiele przeżyć. Zaraz po moim porodzie umarła moja mama a ojciec mnie zostawił i wyjechał. Nie widziałem się z nim przez wiele lat. Wychowywała mnie najbliższa rodzina mojej mamy. Pomimo ciepła i opieki, jaką miałem, za co im serdecznie dziękuję, nie wiedziałem, co znaczy mieć normalną rodzinę, mamę i tatę.
Czułem się gorszy od innych. Czegoś mi zawsze brakowało, na tamten czas nie mogłem jeszcze określić, czego mi brakuje abym był taki jak inni. Nie chodziłem obdarty, byłem zadbany i nigdy nie byłem głodny. Jestem za to bardzo wdzięczny mojej rodzinie. Ja też dawałem z siebie tyle na ile było mnie stać. Uczyłem się i pomagałem. Pamiętam, że przez 8 lat szkoły podstawowej i 4 lata liceum byłem tylko jeden raz na obozie. Resztę wakacji spędzałem pomagając rodzinie. Tą moją inność i jak mi się wydawało gorszość od rówieśników starałem się nadrobić na tyle, na ile mnie było na to stać. Wykazywałem się w nauce, w sporcie, w towarzystwie i zawsze chciałem udowodnić, że wcale nie jestem gorszy. Z powodu takiego okazywania własnej wartości miałem problemy z akceptacją mnie wśród kolegów i koleżanek. Byłem bardzo zły, gdy ktokolwiek okazywał mi litość z powodu mojej sytuacji rodzinnej. Całe cztery lata szkoły średniej mieszkałem w internacie. Była to dla mnie szkoła życia. Pamiętam jak wiele razy wtedy czułem się samotny. Do innych uczniów dzwonili i przyjeżdżali rodzice a do mnie nie. Jednocześnie chciałem być jak każdy akceptowany, zauważany i lubiany wśród rówieśników. Aby tak było musiałem się „wyróżniać”, aby nadrobić swoje skąd inąd niezawinione przeze mnie braki. Popadałem w skrajności. Albo byłem super zdolnym i ambitnym uczniem, albo łobuzem zdolnym na wszystko.
Wtedy jeszcze nie znałem „lekarstwa” na moje słabości. Dopiero w klasie maturalnej uczestniczyłem w kilku imprezach alkoholowych, w czasie, których poczułem się taki dorosły i wyjątkowy. Pod wpływem alkoholu stawałem się równy kolegom i koleżankom. Na początku jeszcze tak mocno tego nie odczuwałem i nie rozumiałem i dzięki temu nie szukałem alkoholu, jako sposobu na moje życie. Spożywałem go sporadycznie. Tak było przez cały okres studiów.
W czasie studiów założyłem rodzinę. Starałem się dbać o nią tak jak umiałem. Nadal jednak czułem się biedny i bez własnego mieszkania. Robiłem wszystko, aby to zmienić. Pamiętam, że od czasu ślubu wszystkie egzaminy zdałem w pierwszym terminie. Jeździłem też na prace zarobkowe. Później przyszedł czas na wojsko i pierwsze rozstanie. Będąc w wojsku chyba po raz pierwszy w życiu miałem kilka dni, kiedy alkohol był dla mnie głównym celem dnia. Będąc tam wiele rzeczy robiłem na przekór samemu wojsku a alkohol mnie w tym wspomagał.
Po powrocie podjąłem pracę i rzuciłem się w jej wir. Zdobyłem wcześniej dla mojej rodziny mieszkanie i myślałem, że już będę żył w szczęśliwości pracując i dbając o rodzinę. Tak się jednak nie działo. Cały czas coś mnie goniło, ciągle było mi czegoś za mało. Podejmowałem wszystkie wyzwania, jakie tylko stawiało przede mną życie. Podejmowałem się więc różnych działań, które wprowadzały we mnie jeszcze większy niepokój. Nie umiałem się cieszyć niczym. To, co robiłem dodatkowo, poza pracą etatową, też nie spełniało moich oczekiwań. I znowu byłem zawiedziony. Miałem wiele; rodzinę, mieszkanie, pieniądze i nadal czegoś szukałem. Moje zachowanie było źle odbierane przez najbliższych i tu kolejny zawód. Nigdy nie umiałem uszanować siebie, innych ludzi, ani tego, co miałem.
Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem a teraz, po czasie stałem się świadomy, że pomimo wyzwań, jakie podejmowałem i tego, co zrobiłem, tak naprawdę nie radziłem sobie z życiem. Brakowało mi akceptacji mojej osoby. Sam nabity w pychę brnąłem w kolejne pomysły nie licząc się z tym, jaki to będzie miało zgubny wpływ na mnie, rodzinę i bliskich. To z kolei generowało kolejne zawody, jakich doznałem. Aż wreszcie zupełnie nieświadomy znalazłem coś, co wprowadzało mnie w inny świat. Świat w oparach alkoholu, w którym byłem ”najlepszy, wielki, ważny, szanowany”. I tak nieświadomy tego, jakim kosztem się to odbywa brnąłem dalej odnosząc coraz to większe upokorzenia. Trwało to lata. Okazało się jednak, że wypity alkohol wcale nie rozwiązywał żadnych moich problemów. Wręcz przeciwnie generował kolejne, wcale nie mniejsze od tych, które już miałem. I tak w tej spirali bezradności doszedłem do swojego dna. Po drodze było tysiące obietnic poprawy i porzucenia picia alkoholu, trzy zaszycia, które niczego nie zmieniły i „dochodząca” terapia, izba, zatrzymania, kolizje drogowe i Bóg wie, co jeszcze. Aż wreszcie po wyczerpaniu wszystkich swoich sił stanąłem samotny, wyzuty z uczuć i bez mała z człowieczeństwa na skraju utraty rodziny, pracy i życia. Upodlony i znienawidzony przez bliskich i samego siebie. Bez nadziei na dalsze życie.
Znalazłem jednak pomocnego człowieka, który wysłał mnie na terapię, wcześniej załatwiając mi tam miejsce. Pojechałem tam zdesperowany, wystraszony, a przez to zgodny na wszystko, co mnie tam czeka. Podczas tych sześciu tygodni terapii nabrałem pewności, że jestem alkoholikiem i że jestem bezsilny wobec alkoholu. Tam po raz pierwszy uczestniczyłam w mitingach AA. Dowiedziałem się też, że zaraz po powrocie musze udać się do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i poszukać sobie Grupy AA, w której będę mógł zacząć zdrowieć. Tak też zrobiłem. I teraz wiem, że to dzięki Bogu trafiłem na swoją Grupę AA, która jest do teraz moją macierzystą Grupą. Na początku bardzo mało rozumiałem, o czym na mitingach mówią inni ludzie. Nie rozumiałem ich. Czasem mnie nawet denerwowali. Jednak, kiedy mówili o swoich dotychczasowych przeżyciach, o tym jak żyli i co czuli byli mi bliscy. Czułem, że ich przeżycia w tej chorobie są takie jak moje. Byłem jednak zdeterminowany i chodziłem na każdy miting swojej Grupy. Z czasem gdzieś po roku zrozumiałem, że nie da się tak dalej być „z boku” Grupy. I nadarzyła się okazja, bo akurat zmienialiśmy siedzibę naszej Intergrupy. Wiele osób włączyło się w remont lokalu i ja też, po namowie postanowiłem pomóc. Nie był to jakiś znaczny wkład, ale te wspólne działania pozwoliły mi poznać ludzi, członków naszej Wspólnoty. Zobaczyłem też, że razem możemy wiele a zostając sam nic nie znaczę.
To był pierwszy moment, kiedy poczułem przyjaźń tych ludzi i potrzebę wspólnoty. Zaraz potem poprosiłem osobę, co, do której miałem pełne zaufanie o pomoc w poznaniu programu zdrowienia 12 Kroków AA i taką pomoc dostałem. Przyjaciel ten jest do dzisiaj moim opiekunem we Wspólnocie. Dzięki niemu, jego cierpliwości i poświęconemu czasowi poznałem program zdrowienia 12 Kroków AA i znaczenie 12 Tradycji AA.
Przyznam, że nie łatwo mi było spotkać się z samym sobą, przyznać się do swoich słabości i popełnionych błędów, rozliczyć się z przeszłością i pracować nad zmiana samego siebie. Kosztowało to mnie i mojego opiekuna naprawdę wiele.
Pracuję nad tym nadal każdego dnia korzystając z pomocy mojego opiekuna, z jego doświadczeń.
Włączyłem się też do służb w Grupie i Intergrupie. Podążając za sugestią mojego opiekuna wraz z przyjaciółmi z AA niosę przesłanie AA do jednostek penitencjarnych. Mitingi w zakładach karnych dają mi bardzo dużo i cieszę się, że mogę w nich uczestniczyć. To szczególne miejsca spotkań alkoholików. Korzystam też z warsztatów organizowanych w AA. Czytam literaturę i staram się aktywnie uczestniczyć w życiu Wspólnoty.
Dotarło do mnie, że tylko bycie w trzech legatach AA może zagwarantować mi trzeźwość na kolejne 24 godziny. Zdrowienie, Jedność i Służba to trzy części składowe mojej drogi w AA.
Zmieniło się też moje życie. Z dnia na dzień staje się ono bardziej normalne, pomimo wielu spraw i trudności, jakie przynoszą mi kolejne dni. Uczę się spokoju i odczuwania wdzięczności za otrzymany dar trzeźwości. Sił dodaje mi wiara w moją Siłę Wyższą, jaką jest Bóg, taki jak ja Go pojmuję. Dzisiaj wiem, że jest to moja droga, która obrałem wstępując do Wspólnoty AA, jest to droga na całe życie. Dziś jestem świadomy tego, że nie jestem gorszy, ani lepszy od innych. Dzięki zdrowieniu miałem możliwość poznania siebie i całkowitej zmiany mojej postawy życiowej.
Z życzeniami pogody ducha – Marek, alkoholik.
październik 4th, 2011 at 21:51
Gratuluję Marku .Też całe życie czułem się inny.Dzisiaj dzięki AA zaczynam być taki sam.Życzę Ci pogody ducha i kolejnych trzezwych 24 godzin. Pozdrawiam.
październik 5th, 2011 at 10:41
Gratuluje Marku wypowiedzi ale także anonimowości:)W ogromnej większości to materiał o mnie i moim życiu.Te same mechanizmy choroby,poczucie,że jestem gorszy,brak wdzięczności za to co mam-ciągła gonitwa po omacku,życie pod innych i poszukiwanie akceptacji.Tak było.Na dziś jestem trzeźwy i identyfikuje się też z tym co opisujesz po przyjściu do wspólnoty.Ja też to znalazłem.Jest to dostępne dla każdego
październik 5th, 2011 at 10:54
Gratuluje,dobre doświadczenia.Zycze Ci kolejnych pogodnych,trzeźwych dni
październik 7th, 2011 at 10:39
Dziękuję Marku za Twoje doświadczenia. Jakbym czytała o sobie. Gratuluję postępów w zdrowieniu i życzę Ci kolejnych trzeźwych i pogodnych 24 godzin.
październik 9th, 2011 at 16:24
Marku dziękuje za doświadczenia i gratuluję. Życzę Ci kolejnych 24 godzin z pogodą ducha i radością w sercu.
Pozdrawiam
październik 13th, 2011 at 16:57
Gratuluję Marku
! i z serca dziękuję za Twoje doświadczenie, dziękuję za szczerość i otwartość. Bogu dziękuję za to czułam czytając Twoją historię. Tak trzymaj
październik 15th, 2011 at 23:28
Własnie kupiłem sobie antikol i zamierzam go brać. Wiem ze nie mam silnej woli bo juz wiele razy obiecywałem sobie z tym skonczyc, dlatego postanowiłem tak to rozegrac. Czy sadzisz ze mi sie uda na dłuzszą mete?